sobota, 28 maja 2016

Wycieczka na SOR [spostrzeżenia, CO ROBIĆ]

Jak wygląda praca na dzięcięcym SORze w nowym szpitalu wojewódzkim we Wrocławiu?


Myśleliście kiedyś o sytuacji, kiedy Wasze dziecko ma jakiś nieoczekiwany wypadek i trzeba jechać na SOR? Zastanawialiście się co trzeba zrobić? Jak wygląda wizyta na SORze? Ten tekst jest zbiorem przemyśleń po naszej wizycie na dziecięcym SORze w nowym szpitalu wojewódzkim na Stabłowicach we Wrocławiu. Tak, żebyście wiedzieli, z czym się liczyć wybierając się tam na SOR.


Lokalizacja
Zacznijmy od tego, że lokalizacja nowego szpitala wojewódzkiego we Wrocławiu jest, delikatnie mówiąc, kiepska. Ulica Fieldorfa jest boczną Kosmonautów, która prowadzi na Leśnicę. Korki w godzinach szczytu są gigantyczne. Poza szczytem też nie jest kolorowo. Jadąc do szpitala w środowy wieczór ok. 19:30 (dzień przed Bożym Ciałem), poruszamy się w sznureczku ze wszystkimi. Dojazd zajmuje nam ponad 10 minut. W końcu nie jedziemy karetką tylko osobówką. Przypomnę, że:
Szpital jest w sąsiedztwie AOW. Od zjazdu z obwodnicy do szpitala według map Google mamy 3,5km".
Pięknie brzmi, że w sąsiedztwie AOW i tylko 3,5km. Od tego momentu Wasz zapas cierpliwości będzie się regularnie uszczuplać.


Rejestracja
Przyjeżdżamy o 20:22. Na SORze nie obowiązuje żadne specjalne traktowanie. Nie ma taryf ulgowych. Nikogo nie interesuje, że jesteście ZHDK (Zasłużonym Honorowym Dawcą Krwi), czy że przyjechaliście z trzytygodniowym dzieckiem. Stajecie w kolejce ze wszystkimi. Wołają po imieniu. Przed nami dziesięcioro dzieci. Nikt nie przeprowadza wstępnej oceny. A wystarczyło by postawić nawet młodego lekarza na specjalizacji, który już na początku stwierdzi, że np. ktoś z wypadku rowerowego niech pędzi na RTG, a ktoś z bólem brzucha na USG. I już mamy zaoszczędzone cenne minuty. Tego nie ma. Trzeba czekać na swoją kolej. 


Obsada lekarska
W środę przed Bożym Ciałem na dziecięcym SORze przyjmuje jedna para pielęgniarka-lekarz. Jedna! Mało tego - ta sama para również gipsuje, usztywnia i wydaje opisy. No to całość musi trwać. Jak już się doczekasz na wejście (u nas po prawie 2 godzinach), to słyszysz, że skoro dziecko przewróciło się na rowerku, to trzeba zrobić RTG. Do pracowni idziecie z "panem prowadzącym". Gość ma taką fuchę, że prowadzi ludzi do pracowni, zostawia tam kartkę ze zleceniem i wraca. Całe szczęście, że sprząta też w pokoju zabiegowym, bo było by to jedno z "ciekawszych" zajęć, jakie ostatnio widziałem. Jakby lekarz nie mógł powiedzieć: "Proszę na rentgen, pokój 0100, koło holu głównego".


RTG wymaga opisu
Wracamy z RTG i... stajemy znowu w kolejce. Trzeba czekać na opis zdjęcia. Mamy ok. 22:45. Przed nami szóstka dzieci. Tak się składa, że jest tylko jeden (!) lekarz przygotowujący opisy. Ale ale, nie siedzi cały czas nad opisami. Było by za miło. Najpierw pracownie RTG i USG tłuką na potęgę zlecenia, a później trzeba czekać, że lekarz będzie mieć chwilę przerwy, żeby zrobić opisy. Czas leci. Zaczepiam jednego z ojców, dziwiąc się że jeszcze nie wszedł ponownie do środka. W odpowiedzi słyszę, że jest "jakiś problem z opisem". Nie wiem, w czym tkwił problem, ale opis był po jakichś 45 minutach od zdjęcia. Dodam tylko, że w starej lokalizacji, na starym sprzęcie, opis RTG był po max. 10 minutach.


Chce nam się jeść
Jeśli nie zabierzecie ze sobą jedzenia, to może być kiepsko. Po godzinie 18:00 bar jest zamknięty i trzeba się ratować czymś z automatu. A tutaj szału ni ma: albo na słodko (rogalik 7days, mieszanka studencka, chyba suszone jabłka) albo na słono (krakersy). Do tego woda, sok, kawa lub herbata. Jakoś na tym trzeba przewegetować do końca.


Wchodzimy ponownie
Na zegarku 0:30. Nasze dziecko jeszcze nie śpi, ale chłopiec przed nami był wybudzany na rękach mamy, żeby lekarka mogła go obejrzeć. Druga wizyta trwa niecałe 10 minut. Za nami jeszcze trójka dzieci, a w poczekalni dla dorosłych mamy praktycznie pusto! Dla mnie to sytuacja niedopuszczalna i trudna do zaakceptowania.


I na zakończenie
Pozostaje jeszcze uregulowanie rachunku w kasie parkingowej. A jak! Parking jest płatny. Za 4h10m płacimy 14 zł. A gdybym tak w roztrzęsieniu zapomniał pieniędzy czy karty, to rachunek byłby srogi. Na początku mocno się zirytowałem. Teraz myślę, że nie ma się co dziwić. W holu głównym, gdzie w środku nocy nic się nie dzieje (w dzień rejestracja do przychodni specjalistycznych), świecą się prawie wszystkie oprawy. Zgodnie z normą ma być sto luksów, mamy spokojnie 5x więcej. Wykonawca zaoszczędził na czujnikach ruchu, a z czegoś trzeba opłacić rachunek za prąd. Gratuluję mistrzowskiego zarządzania. Tak w sferze nieruchomości, jak i zasobów ludzkich. 


Słowem podsumowania
Zanim pojedziecie na dziecięcy SOR do Szpitala im. Marciniaka we Wrocławiu, dobrze się zastanówcie. Lepiej wezwać karetkę, bo pacjent z karetki zawsze wchodzi poza kolejnością. Być może nie trafilibyśmy do tego szpitala, a np. na Kamieńskiego. Na Borowskiej nie ma dziecięcego SORu. Cóż, wygrało rozumowanie, że skoro dziecko nam nie schodzi z tego świata, to niech karetka jedzie do bardziej potrzebującego pacjenta. Łącznie straciliśmy 5,5 godziny, sporo nerwów i kilkadziesiąt złotych w automacie i kasie parkingowej. Całe szczęście, że koniec końców nic poważnego nie stało się naszej pociesze. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.