piątek, 29 lipca 2016

Wstydliwe sandały [rozważania]

Dlaczego mężczyźni nie noszą sandałów?


Takie mnie ostatnio pytanie naszło: dlaczego faceci nie noszą sandałów w upalne dni? Pomyślałem, że odpowiedź powinna być z rodzaju tych prostych: bo mają coś do ukrycia w pełnych butach. A co takiego?


Ano własne stopy. Nic innego. Faceci nie noszą sandałów, bo musieli by pokazać publicznie swoje stopy, a to oznacza, że trzeba o nie odpowiednio zadbać. A nie każdemu facetowi się chce. Nie każdy zna pumeks. Nie każdy regularnie obcina paznokcie. I tak sobie myślę, że przez to lenistwo związane z higieną osobistą mężczyźni wolą ubrać pełne buty zamiast sandałów. Bo nie uwierzę, że należy winić designerów czy rynek obuwniczy za kiepskie produkty.

Obecnie butów jest do wyboru, do koloru. Każdy znajdzie coś dla siebie. Co innego dekadę temu. Jak w 2005 roku wybrałem się kupić moje pierwsze prawdziwe sandały, to schodziłem kilka sklepów, zanim wybrałem coś dla siebie. A to rozmiaru nie było, a to słabe wykonanie, a to kiepskie trzymanie stopy (mam dość kościstą stopę). Nawet cena nie była tak ważna, choć finansowo były to dla mnie trudne czasy. W końcu zdecydowałem się na czarno-srebrny model spod znaku "łyżwy" :)
Pamiętam, że były ogromne - chyba miałem numer 47 lub 48. I nawet to mnie jakoś specjalnie nie zawstydzało, bo były dokładnie takie, jak chciałem.

Nawet pamiętam jaka była ich cena. Niebotyczna, jak na tamte czasy i na sandały - 279 zł. Można by śmiało powiedzieć, że na głowę upadłem. "Przecież można było kupić tańsze". Owszem. Sęk w tym, że jak już zdecydowałem się publicznie pokazywać stopy, to w takich butach, które mi się podobają. I postawiłem na swoim. A wiecie, ile sezonów je nosiłem? Pełne osiem sezonów! Od maja do września. Piasek, asfalt, parkowe ścieżki, nawet morska woda w Chorwacji nie były w stanie ich zniszczyć. Na końcu miały już nawet dwukrotnie podklejone paski do podeszwy.

To teraz prosty rachunek:
279 zł / 9 = 31 zł.
Tyle kosztował mnie jeden sezon. Gdybym miał kupić tanie sandały, które po dwóch latach się rozpadną i będą niemodne, to musiały by kosztować 62 zł. W tamtych czasami można było takie kupić, ale koledze po sezonie się rozleciały. A moje były na tyle uniwersalne, że nie potrzebowałem osobnej pary "na co dzień" i osobnej "do kościoła".


Dlatego kiedy przy ponad 30 stopniach widzę faceta w pełnym bucie, na przykład na placu zabaw, to nie potrafię postawić innej diagnozy, niż:

"Siostro, mamy przed sobą typ zakompleksionego faceta, który albo nie dba o nogi albo lejący się z nieba żar odebrał mu całkowicie rozum". 

Panowie, wiadomo że nasze stopy raczej nigdy nie będą takie, jak kobiece - delikatne, idealnie wyszorowane pumeksem, doskonałe paznokcie po pedicure. Co nie znaczy, że nie mamy o nie dbać. Kto zatem nie ma sandałów, niechaj zakupi przed wakacyjnymi wojażami lub poczeka z miesiąc na wyprzedaże. Proszę się nie wstydzić! Naprawdę warto zaopatrzyć się w ten typ obuwia.

I jeszcze jedno. Sandały to nie japonki, więc nie są oznaką gejostwa ;) Jeszcze możemy do nich ubrać białe skarpety do połowy łydki, ale to już wtedy inny typ osobowości, tzw. sandalarz skarpeciany :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.